|
|
W piątkowe popołudnie,
od razu po pracy pojechałem rowerem na stację PKP we Wrocławiu. Rower z
sakwami bez problemu wstawiłem na korytarz do ostatniego wagonu pociągu
pośpiesznego, którym dojechałem do Katowic. W Katowicach przesiadka na
kolejny pociąg W Krakowie na stacji czekał już na mnie Krzysiek. Wyprowadziliśmy rowery na dwór. Było już ciemno. Włączyliśmy więc oświetlenie rowerów. Moja tylna, czerwona lampka za nic nie chciała się zaświecić. Okazało się, że brakuje w niej baterii, które jeszcze kilka godzin temu były na swoim miejscu. Nie miałem już ochoty szukać winnego z wagonu bagażowego - nie chciałem sobie psuć humoru. Dobrze, że nic cenniejszego nie zostało mi skradzione. W lampce zamontowałem akumulatorki od aparatu fotograficznego i mogliśmy bez problemu ruszyć w drogę. Przejazd przez oświetlone ulice Krakowa był bardzo przyjemny. Jechałem zaraz za Krzyśkiem, który zręcznie omijał wszelkie przeszkody na trasie naszego przejazdu. Po
piętnastu minutach byliśmy już pod blokiem w którym mieszka Krzysiek.
Jeszcze tylko wwiezienie rowerów windą i mogliśmy na spokojnie omówić
nasz weekendowy wypad rowerowy. Nie widzieliśmy się cały rok, czyli od
ostatniej naszej weekendowej
W sobotę pobudka o 6 rano. Pakujemy się i
kwadrans po siódmej jedziemy na rowerach w kierunku dworca głównego w
Krakowie. Po piętnastu minutach jesteśmy na miejscu. Kupujemy bilety na
pociąg osobowy do Suchej Beskidzkiej oraz oczywiście bilety na rowery.
Wysiadamy na stacji w Suchej Beskidzkiej i kierujemy się drogą nr 946 w
kierunku Żywca. Po kilku kilometrach skręcamy w boczną drogę prowadzącą
do Koszarawy. Od razu zauważamy
Po sporym podjeździe pod górę odpoczywamy
w trakcie kilkukilometrowego zjazdu w dół. W tym miejscu robimy błąd w
interpretacji znaków drogowych i nieświadomie zjeżdżamy z głównej
drogi. Droga przez 5 kilometrów pięła się nieprzerwanie pod górę, po
czym nagle się skończyła. Od przechodzącego mężczyzny dowiedzieliśmy
się, że niepotrzebnie skręciliśmy w tą drogę. Cóż każdy może się
pomylić. Pocieszeniem była dla nas perspektywa pięciokilometrowego
zjazdu w dół. Droga była pusta więc mogliśmy rozpędzić się miejscami
do
Przez Jeleśnią dojechaliśmy do przejścia granicznego w
Korbielowie. Długi podjazd znowu dał nam się we znaki. W kantorze
przy granicy kupiliśmy korony słowackie, a następnie przekroczyliśmy
granicę. Na szczęście kontrola paszportowa przebiegła bardzo szybko
i już po chwili rozkoszowaliśmy się kilkukilometrowym zjazdem ze
wzniesienia na którym usytuowane jest przejście graniczne. Słowacja
przywitała nas pięknymi widoczkami. Zatrzymaliśmy się w przydrożnej
restauracji aby uzupełnić zapasy energii. Pyszny obiad, to było to,
czego potrzebowaliśmy. Jeszcze tylko małe zakupy w sklepie spożywczym
i mogliśmy ruszyć Dalsza droga przebiegała brzegiem Jeziora Orawskiego - największego sztucznego zbiornika wodnego na Słowacji. Mijaliśmy liczne kampingi i przystanie wodne. Nigdzie nie było jednak spokojnego miejsca, w którym moglibyśmy przenocować. Wprawdzie mieliśmy jeszcze czas na znalezienie noclegu, ale przejechaliśmy już połowę długości trasy i nie było sensu jechać dalej. Zatrzymaliśmy się na chwilę przy zaporze na jeziorze. Z tego miejsca widać jak wielkie jest Jezioro Orawskie. Dalsza droga coraz bardziej oddalała się od jeziora, a noclegu nadal nie mieliśmy. Gdy
jezioro zostawało w oddali, a liczba przejechanych kilometrów wskazywała,
że już niedaleko do granicy Polski zatrzymaliśmy się przy drodze aby
ustalić co dalej. Myśleliśmy o rozbiciu namiotu w pobliskim lesie, ale
skutecznie odradzały nam to komary. Tuż obok miejsca, w którym się
zatrzymaliśmy dwóch chłopców bawiło się na łące. Podeszli do nas i
wypytywali ile mamy lat, dokąd jedziemy itp. My z kolei pytaliśmy ich o
nocleg. Mimo wszystko pojechaliśmy nad sam brzeg jeziora. Na plaży nie było już nikogo. Postanowiliśmy przejść się wzdłuż brzegu i poszukać miejsca do rozbicia namiotu na dziko. Oddaliliśmy się od wioski na tyle, że nie zwracaliśmy na siebie uwagi. Znaleźliśmy odpowiednie miejsce w zaroślach i w ostatnich promieniach zachodzącego słońca rozbiliśmy namiot. Zmęczeni całodziennym pedałowaniem rozkoszowaliśmy się panującą ciszą i przestrzenią którą mieliśmy tylko dla siebie. W
nocy nie było już tak cicho. Muzyka dyskotekowa dobiegała aż z
drugiego brzegu jeziora. Mimo wszystko spało nam się doskonale. Rankiem
mgła przykryła całą okolicę. Przez białą zasłonę trudno było
dojrzeć miejsca, które poprzedniego dnia były widoczne jak na dłoni.
Stopniowo mgła Czekało na nas strome podejście od brzegu jeziora do głównej drogi, a zaraz potem długi podjazd na wzniesienie. Po kilku kilometrach dojechaliśmy do Trsteny - ostatniej miejscowości po stronie Słowackiej na trasie do granicy z Polską. Szeroką drogą z poboczem dotarliśmy w krótkim czasie do granicy. Oczywiście wcześniej uzupełniliśmy zapasy żywnościowe wydając słowackie korony w sklepie spożywczym. Na granicy nie chciano od nas nawet paszportów, więc pomknęliśmy dalej. Najpierw jednak zmagaliśmy się z kolejnym podjazdem. Towarzyszyły nam spojrzenia osób siedzących w samochodach, które czekały w długiej kolejce do odprawy granicznej. Samochody powoli zjeżdżały ze zbocza, które my zdobywaliśmy metr po metrze. Osiem
kilometrów od granicy zjechaliśmy z głównej drogi. W Jabłonce skręciliśmy
w lewo na Lipnicę Małą. Wybraliśmy boczną drogę, która przebiegała
równolegle do drogi 957 prowadzącej do Suchej Beskidzkiej. Na mapie jest
to bardzo cieniutka linia, która nie zachęca do przejechania jej
samochodem, ale my jechaliśmy na rowerach i nawet gdyby przyszło nam
jechać gruntową drogą, to dalibyśmy sobie bez problemu radę. Lipnica
okazała się Wieś jednak nie miała się chyba zamiaru skończyć. Mijaliśmy kolejne zabudowania, potem kolejne i tak bez końca. Zatrzymaliśmy się wreszcie nad strumykiem, którego czyste i chłodne wody przepływały wzdłuż Lipnicy. W cieniu drzew zjedliśmy małe co nieco zakupione wcześniej. Upał dawał nam się pomału we znaki. Chcieliśmy jednak mieć za sobą ten odcinek. Wkrótce skończyły się zabudowania, ale i skończyła się asfaltowa nawierzchnia drogi. Pojawiły się znaki zakazujące wjazdu i coraz bardziej wyboista droga. Jechaliśmy jednak spokojni, gdyż stan ten zgadzał się z opisem jaki wcześniej uzyskaliśmy. Po około kilometrze droga biegła już lasem i jak nie trudno się domyśleć jechało się coraz trudniej i oczywiście cały czas pod górę. W pewnym momencie stwierdziliśmy, że chyba jednak zabłądziliśmy, bo z mapy, którą mieliśmy wynikało, że już dawno powinniśmy dojechać do skrzyżowania na którym mieliśmy skręcić w prawo. Zatrzymaliśmy się, a Krzysiek poszedł zobaczyć dokąd doprowadzi nas ta droga, a raczej górski szlak bo takowy bardziej przypominał. Wrócił po dziesięciu minutach z dobra nowiną. Byliśmy na właściwej drodze, a kilkaset metrów dalej było skrzyżowanie. O tym, że jesteśmy na dobrej drodze upewnił Krzyśka spotkany przypadkowo turysta pieszy. Humory
od razu nam się poprawiły. Owe skrzyżowanie okazało się linią
graniczą Babiogórskiego Parku Narodowego. Poprawiła się też
nawierzchnia drogi. Przejechaliśmy obok szlabanu, który był Byliśmy na właściwej drodze, ale czekał na nas najdłuższy, bo aż trzykilometrowy podjazd na Przełęcz Krowiarki. Okazało się jednak, że podjazd nie jest wcale taki trudny. Jest może długi, ale niektóre z wcześniejszych podjazdów bardziej dały nam się we znaki. Zatrzymaliśmy się po drodze tylko raz, przy jednym z punktów widokowych. Przejeżdżające samochody zatrzymywały się co chwilę. Pasażerowie wychodzili zobaczyć widoki, robili pamiątkowe zdjęcie, po czym odjeżdżali. Nikt nie włożył tyle wysiłku co my, żeby znaleźć się w tym miejscu. Na
Przełęczy Krowiarki spędziliśmy niewiele czasu. Tłumy ludzi udających
się na Babią Górę i dziesiątki samochodów przy drodze nie zachęcały
do odpoczynku. Czekał na nas długi zjazd do Zawoi, a żołądki dopominały
się już o obiad. Nie musieliśmy rozpędzać rowerów - same przyspieszały
podczas zjazdu z przełęczy. W pewnym momencie dogoniłem jadące przede
mną samochody i musiałem hamować ponieważ nie było warunków aby je
wyprzedzić. Przy prędkościach dochodzących do 71,5 km/godz. trzeba
bardzo uważać. Z drugiej strony na taką właśnie szybką jazdę liczyłem.
To ogromna frajda pędzić z góry Nasz zjazd zakończyliśmy w Zawoi, gdzie zjedliśmy zasłużony obiad. Mieliśmy ochotę odpocząć nieco dłużej, ale hałas pobliskiego festynu skutecznie nas od tego odwiódł. Pojechaliśmy dalej. Ponieważ nie mieliśmy ochoty w okolicach Makowa Podhalańskiego wracać na krajową drogę wybraliśmy po raz kolejny boczną drogę. Przed Skawicą skręciliśmy w lewo. Zapowiadało się na spokojną przejażdżkę. W istocie tak było, przez pierwsze kilkaset metrów. Potem było już tylko coraz bardziej stromo. Tak stromego podjazdu nie mieliśmy wcześniej podczas całej wyprawy. Nieliczne samochody, które wybrały tą trasę miały problemy z podjazdem, a co dopiero my na naszych rumakach napędzanych siłą mięśni. Miejscami o wiele wygodniej było prowadzić rower niż na nim jechać. Na szczęście każdy podjazd ma swój koniec, ale co jest jeszcze lepsze - zjazd w dół. Po raz ostatni podczas tej wycieczki mogliśmy rozkoszować się takim zjazdem. Byliśmy już coraz bliżej końca naszej weekendowej wyprawy. Zatrzymaliśmy się jeszcze przy moście nad Skawą, po czym w szybkim tempie i towarzystwie kolumny samochodów dojechaliśmy na dworzec PKP w Suchej Beskidzkiej. Do odjazdu pociągu zostało nam kilkanaście minut. Zdążyliśmy w sam raz. W pociągu odpoczywaliśmy po dwóch dniach rowerowania. Pożegnałem się z Krzyśkiem na stacji Kraków Płaszów. Wracałem pociągiem pospiesznym razem z innym rowerzystą, który tego dnia wybrał się na wycieczkę z Katowic do Krakowa. Z powrotem wracał pociągiem. Do Katowic miałem więc rowerowe towarzystwo. We Wrocławiu czekał mnie jeszcze nocny przejazd przez miasto, ale po takiej wycieczce była to sama frajda. |